| Poleć znajomemu
Nasze opracowania


Wspomnienia dziadka Stefana
Michał Konopczyński

Wspomnienia dziadka Stefana

W październiku 1914roku od kilku już miesięcy trwały działania Pierwszej wojny Światowej. Bolimów, leżący w zachodniej części Niziny Środkowomazowieckiej w każdej z dotychczasowych wojen znajdował się w centrum wydarzeń. Przez miasto przechodziły wojska Władysława Jagiełły w drodze pod Grunwald, Karola Gustawa w latach potopu, wojsko pod dowództwem generała Antoniego Madalińskiego w okresie Powstania Kościuszkowskiego i wszelkich innych kampanii z Napoleonem włącznie.

Kilka lat przed opisywanymi wydarzeniami mój pradziadek Walenty zbudował nowy dom mieszkalny z dużą pracownią garncarską, w której były dwa piece do wypalania naczyń. Tuż przed wojną wykopano nowa studnię z bardzo dobrą wodą, która do dzisiaj służy do podlewania warzyw i trawnika na placu przy warsztacie. W opisywanym czasie dziadek mój Stefan, był 14 letnim chłopcem, czyli moim rówieśnikiem. Opisywane wydarzenia zostały spisane przez dziadka w formie pamiętnika. O wydarzeniach tych mówił mnie jako małemu dziecku dziadek, kiedy go prosiłem o opowiadanie. Dziadek potrafił w bardzo interesujący sposób opowiadać, a ja słuchałem.

Około połowy października podczas odprawiania w kościele św. Anny nabożeństwa różańcowego rozpoczął się ostrzał artyleryjski. W kościele było bardzo dużo ludzi, pewnie wiadomość o zbliżających się działaniach wojennych wywoływała chęć przybliżenia do Boga. Ludzie słysząc ostrzał zaczęli krzyczeć. Chwilę później organista zaintonował śpiew suplikacji i w jakim takim porządku zeszli wszyscy do piwnicy znajdującej się pod zakrystią kościoła. Tam też kontynuowano modlitwę. Jeden z pocisków, pewnie szrapnel, rozerwał się gdzieś w pobliżu, po chwili na schody prowadzące do piwnicy zsunął się pan Jastrzębski. Mój pradziadek Walenty doszedł do niego, dziadek Stefan mówił, że zdążył jeszcze powiedzieć „ dostałem kumie" i skonał. Miał mocno zakrwawione ubranie w okolicy piersi, czyli pewnie dostał tam odłamkiem pocisku. Ostrzał trwał ponad godzinę, a po jego zakończeniu ludzie poszli do swoich domów. Szczęśliwie oprócz jednej śmiertelnej ofiary nikt więcej nie ucierpiał. Pan Jastrzębski był pierwszym człowiekiem, którego śmierć widział dziadek z bliska, stąd wiele zapamiętanych szczegółów.

W niedługim czasie gwałtowna śmierć nie tylko walczących we wrogich armiach żołnierzy spowszedniała i stała się sytuacją nieomal codzienną. W następnym roku wielokrotnie spotykał ciężko rannych i zabitych żołnierzy. Ostrzał nie wyrządził większych szkód w miasteczku. Następnego dnia został Bolimów zajęty przez wojska niemieckie. W domu pradziadka Walentego zamieszkał w jednym z pokoi od ulicy sztab wojskowy. Można sądzić na tej podstawie, że dom pradziadka musiał być okazałym. Dziadek wspominał, że któregoś dnia na prośbę bolimowskiego proboszcza służył do mszy odprawianej przez niemieckiego kapelana dla żołnierzy. Interesującą była zaobserwowana podczas mszy odprawianej w kościele św. Anny forma spowiedzi powszechnej, podczas tej części mszy kapelan wymieniał grzechy a żołnierze odpowiadali „jo". Incydentalny w tym czasie pobyt Niemców dość szybko zakończył się, a w początkowych dniach listopada 1914r wojskowe władze rosyjskie zarządziły ewakuację wszystkich mieszkańców Bolimowa. Rodzina moja po spakowaniu cenniejszego dobytku i zakopaniu w dołach ziemnych z podręcznym bagażem i krową na postronku postanowiła iść do Grabskich Bud, wsi pomiędzy lasami oddalonej o około 8 km. Tam miało być bezpieczne schronienie przed wojenną zawieruchą. Ogromna Puszcz Bolimowska niejednokrotnie dawała przecież schronienie mieszkańcom Bolimowa przed Szwedami, „morowym powietrzem" i innymi niebezpieczeństwami. W Budach mieszkała siostra i jeden z braci mojej prababci Leokadii. W drodze jeszcze przed Grabskimi Budami pradziadek sprzedał krowę wojsku na rzeź. Krowa, z którą dziadek Stefan i jego rodzeństwo od dawna byli zaprzyjaźnieni, w czasie tej transakcji płakała i oni również, ale innego wyjścia przecież nie było. W Grabskich Budach nie zamieszkali długo, gdyż przygotowania do działań frontowych i tam prowadzono. Wojsko kopało okopy, przygotowując stanowiska dla piechoty i artylerii.  Ludność cywilna, także z Grabskich Bud musiała iść dalej aż do Warszawy, chociaż część mieszkańców bolimowskiej gminy pozostała w Wiskitkach, Kozłowicach i innych wsiach w okolicy Żyrardowa. Wśród kilku osób, które pozostały w Bolimowie do rozpoczęcia działań wojennych znalazł się ojciec mojej prababci Leokadii i wikariusz bolimowskiej parafii. Po rozpoczęciu walk wojska niemieckie wywiozły ich do Łowicza, tam też prapradziadek Alojzy Mijalski w początkowych miesiącach 1915 roku zmarł.

Ewakuowani do Warszawy, członkowie mojej rodziny, przez kilka dni mieszkali razem z rodziną wójta Błaszczyka pod schodami w kamienicy na Powiślu, a później w kamienicy czynszowej na Mokotowie już w zwykłym pomieszczeniu mieszkalnym. Pradziadek Walenty znalazł zatrudnienie w garncarni w Henrykowie, prababcia zajmowała się szyciem odzieży, a najstarsza z sióstr mojego dziadka podjęła pracę u ogrodnika w szklarni. Dziadek i młodsza z jego sióstr chodzili do szkoły. Po kilku miesiącach pracy w nieogrzewanej zimą garncarni ojciec mojego dziadka zachorował na nerki i został umieszczony w szpitalu praskim. Dziadek Stefan codziennie z Mokotowa chodził na pieszo do szpitala na Pradze, aby zjeść część obiadu, jaką zostawiał mu chory ojciec. Z miejsca zamieszkiwania do szpitala jest kilka kilometrów, po drodze przechodziło się przez most Poniatowskiego, na którym warta złożona z rosyjskich żołnierzy nakazywała przechodzącym wyjmowanie rąk z kieszeni ubrania. Sądzę, że obawiano się zamachowców, którzy mogliby uszkodzić konstrukcję przeprawy. Pradziadek Walenty wyzdrowiał, ale nie wrócił już do pracy w garncarni. Z pięciu leżących z nim w jednej sali chorych o podobnych objawach przeżył tylko jeden jeszcze pan oprócz mojego pradziadka. Pełnię zdrowia odzyskał dopiero latem 1915r już po powrocie do Bolimowa.

Późną wiosną 1915roku na odcinku frontu od Bzury w Sochaczewie wzdłuż Rawki Niemcy trzykrotnie użyli gazów bojowych. Dokładniej pierwszego w dziejach świata użycia broni masowej zagłady, gazów bojowych, dokonali Niemcy 31 stycznia 1915roku, wystrzeliwując z moździerzy pociski z kryształkami bromku ksylilu. Substancja w zetknięciu z powietrzem tworzyła trujący gaz. Pomysłodawcą tej broni, a także innych gazów bojowych używanych przez wojska niemieckie, był profesor Fritz Haber, laureat nagrody Nobla w dziedzinie chemii w 1918roku. Niska, tego dnia temperatura powietrza spowodowała słabe uwalnianie się trującej substancji i w rezultacie znacznie gorszy efekt trucizny od spodziewanego. Efekt ataku gazowego wizytował na tym odcinku frontu w następnych po ataku dniach profesor Haber. W maju na tym samym odcinku frontu armia niemiecka użyła w ataku gazowym chloru. Z ustawionych w okopach dużych butli, żołnierze Pułku Chemicznego tego samego, który wykonał atak pod Ypres, przy sprzyjającym wietrze zachodnim wypuścili chmurę żółtego gazu, wiatr przeniósł ją nad linię okopów zajmowanych przez wojska rosyjskie. Dziadek opowiadał, że do Warszawy przywożono na platformach kolejowych żołnierzy po ataku gazowym. Widział rannych, którzy mieli ciemna skórę na twarzy, krwawą pianę na ustach i jakby poparzone ręce. Leczono ich podając jako odtrutkę mleko. Jak liczna grupa przeżyła? - nie wiadomo. Z innych informacji wiem, że ogromne archiwa rosyjskie w Moskwie z okresu I Wojny są do tej pory praktycznie niedostępne dla historyków.

W okolicy Bolimowa są cztery cmentarze wojenne, dwa z nich to zbiorowe mogiły zbudowane w okresie międzywojennym przez stronę Niemiecką. Na jednym z pojedynczymi nagrobkami można odczytać do dzisiaj nazwiska, także brzmiące znajomo „Adamczyk", „Piasecki" i napisy „Zwei unbekante rusische soldeten im...". Ilu żołnierzy jest tam pochowanych? Ilu żołnierzy kryją prochy na polach i łąkach pod Bolimowem?

W niedługim czasie po trzecim z przeprowadzonych przez Niemców ataków gazowych, podczas którego skutkiem zmiany kierunku wiatru sami atakujący ponieśli straty, front przesunął się na wschód. Niemcy zajęli Warszawę i uchodźcy mogli powrócić do swoich siedlisk. Wracając do Bolimowa rodzina moja zastała pusty plac ze sterczącymi kominami, pozostałościami pieców garncarskich oraz puste doły po zakopanych przed ucieczką sprzętach. Na brukowanych ulicach rosły chwasty, nie było płotów a wzdłuż działek sąsiadujących z nadrzecznymi łąkami były głębokie okopy. Dom mojego pradziadka, wojsko rozebrało wykorzystując drewno do budowy umocnień ziemnych, a zakopany dobytek zrabowali możliwe, że również żołnierze lub ci z mieszkańców, którzy wróciwszy wcześniej w nieuczciwy sposób chcieli się wzbogacić. Na „Piaskach" stały wojskowe baraki mieszkalne. Ludzie kupowali je od władz wojskowych i budowali z pozyskanych tym sposobem drewnianych bali własne budynki. Jest wielce prawdopodobnym, że mogli odkupywać drewno pochodzące z ich własnych domów. Podobnie wyglądała cała południowa część Bolimowa. Z miasteczka pozostały, mocno uszkodzone dwa kościoły, kilkanaście budynków mieszkalnych i gospodarczych wokół rynku przy ulicach Farnej i Sokołowskiej oraz sterczące kominy, które pozostały po rozebranych przez wojsko domach. Kościół św. Anny służył za szpital polowy, nie było w nim żadnych ławek, krzeseł, cała podłoga do wysokości około 1 metra była zaścielona słomą. Pokazywał mnie kiedyś dziadek reprodukcję zdjęcia zrobionego przez żołnierza, na którym we wnętrzu świątyni leżą na słomie ranni. Podobnie musiał wyglądać i kościół farny św. Trójcy. Kilka pierwszych dni po powrocie rodzina moja zamieszkiwała na organistówce, przy kościele parafialnym, mieszkał tam przed wojną ojciec mojej prababci Leokadii, który był organistą. Pradziadek Walenty zajął się odbudową domu i warsztatu garncarskiego. Pieniądze na utrzymanie uzyskiwała moja rodzina ze sprzedaży, zbieranego w okopach złomu, głównie kulek ołowianych, które w olbrzymich ilościach wszędzie zalegały. Zebrane do worków kulki zanoszono do skupujących Żydów, którzy stanowili pośrednie ogniwo w procederze odzyskiwania materiałów służących do dalszego prowadzenia działań wojennych. Czasami, jak wspominał dziadek, podczas zbierania kulek znajdował niepogrzebanych jeszcze poległych żołnierzy. Szczególnie zapamiętał jednego, który miał przed sobą otwartą książeczkę do nabożeństwa z modlitwą za konających.

W obu wrogich armiach Polacy stanowili bardzo znaczącą grupę. Podobno w okresie działań stacjonarnych idący po wodę do Rawki wzajemnie się informowali w sobie znanym języku wołając „ty, ruski nie strzyloj, bo ide po wode" i podobnie „ty, nimiec nie strzyloj ...". Pełno było drobnej broni palnej, karabiny, pistolety, metalowe pojemniki z maskami gazowymi. W okopach stały setki butli po chlorze. Domy odbudowywano kupując od władz wojskowych baraki, które żołnierze budowali z rozbieranych domostw. Kościoły naprawiono, kryjąc uszkodzenia dachów słomą. W naprawiane mury świątyń wmurowano kilka łusek po pociskach. Jedna z butli po chlorze po przepołowieniu służy do dnia dzisiejszego za dwa gongi alarmowe straży, jeden z nich stoi na placu z warsztatem garncarskim mojego taty, a drugi jest na rynku przed przedszkolem. Wojna jednych rujnuje, zabija a innych wzbogaca. Takie to już są koleje wojny.

Na podstawie odręcznie zapisanych wspomnień mojego dziadka Stefana Konopczyńskiego.


Lista opracowań

Operacja Łódzka w 1914 r. (100-lecie Bitwy Łódzkiej)

ks. dr hab. Mieczysław Różański, UMW


Wspomnienia dziadka Stefana

Michał Konopczyński


"Opreacja Łódzka" jako przykład ważnego wydażanie historyczno - militarnego

dr Piotr Marciniak


Współpraca polsko - rosyjska w kontekście działań, związanych z "Operacją Łódzką"

Michał Jagiełło


„W szeregach rosyjskich walczyłem ... ale tylko dla Polski!"

Wieńczysław Kowalski


Sytuacja na froncie rosyjsko – niemieckim w przededniu Operacji Łódzkiej

Dr Piotr Marciniak


Walki w okolicach Gałkowa 23-24 listopada 1914 roku.

Dominik Trojak


Cmentarze z I wojny światowej jako walor antropogeniczny okolic Łodzi.

Blanka Gosik


Operacja Łódzka 1914r. jako temat współpracy polsko-rosyjskiej.

Michał Jagiełło